Dwa dni drogi za nami. Pierwsze dzień to oczywiście przejazd przez Polskę. Z przygodami zresztą, bo panowie mechanicy przy ostatnim przeglądzie samochodu zapomnieli przypiąć wtyczkę od aparatu zapłonowego i tylko ją włożyli, przez co przy każdym większym wyboju wtyczka się luzowała, a nam zapalała się coraz to fajniejsza lampka. Przy komunikacie "check engine" zjechaliśmy do pierwszego napotkanego autoryzowanego serwisu, gdzie Leszek przez 2 godziny przymierzał się do kolejnych modeli nowych aut. Całe szczęście awaria została naprawiona i wieczorem dotarliśmy na nocleg przy granicy z Niemcami.
Kolejny dzień to jazda już za granicą. Niemieckie autostrady to miód na samochodowe koła i silniki :D. Na pierwszym postoju Leszek się witał ze szprechającą równolatką. Przydała się znajomość "heloł" z Teletubisiów. O wjechaniu do Austrii poinformowała nas telefonia komórkowa, przysyłając aktualny cennik połączeń telefonicznych. Innych znaków granicznych nie było. Za to ośnieżone szczyty górskie oświetlone zachodzącym słońcem mówiły same za siebie. Włochy przejechaliśmy już po ciemku, komentując jazdę w stylu macho miejscowych (na trzy wolne pasy autostrady Włoch jedzie lewym, czasem lewym-środkowym, a czasem bez kierunkowskazu). Na miejsce dobiliśmy ok. 2 w nocy. Leszek fantastycznie zniósł jazdę w nowym foteliku, chociaż pod koniec nawijał już tylko o spacerku. Odespał sobie troszeczkę w drodze, więc w domu zamiast zakopać się w łóżku, chodził od pokoju do pokoju z rączkami splecionymi na pleckach i szerokim uśmiechem, a na pytanie "Czy ci się podoba?" odpowiadał pewnie "TAK". I tak mu już zostało. Biega po mieszkaniu, jeździ rowerkiem po balkonie, a dziś (druga noc) zażyczył sobie pościelenia w swoim pokoju i tam grzecznie zasnął. Po raz pierwszy nie w sypialni rodziców.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz