sobota, 12 maja 2012

Wenecja w trzech aktach - Akt pierwszy / Venice in three acts - The first act... only in Polish so far :)

Pierwszy kontakt

Pierwszy dzień podróży z przygodami. Najpierw testowaliśmy „włoski PKS” zwany w Lacjum Co.Tra.L. Test przebiegł pozytywnie. Tzn. autobus przyjechał i zabrał nas na dworzec kolejowy. Dobrze, że doszliśmy na przystanek 15 minut przed planowanym odjazdem, bo autobus dotarł już po 5 minutach i nie czekając na godzinę w rozkładzie on-line na stronie przewoźnika (to norma, że na przystankach nie ma rozkładów. Nie ma rozkładów – nikt nie zarzuci, że jeżdżą niezgodnie z nim), pomknął na stację. Spieszyło mu się, bo za pół godziny zaczynał się strajk w COTRALu. Dobry moment, żeby wydłużyć sobie „długi weekend”. Te strajki to norma. W COTRALu to już drugi w kwietniu.
Małe zamieszanie nastąpiło na dworcu kolejowym, kiedy okazało się, że nasz pociąg jedzie na inną stację niż zwykle. Dobrze, że 10 min później jechał kolejny, już na właściwy dworzec Roma Termini. Nie spodziewaliśmy się, że trafimy na krótki skład pociągu spalinowego. Specyfika tutejszych pociągów regionalnych jest taka, że pociąg nie odjeżdża, dopóki wszyscy pasażerowi nie upchną się do środka. Staliśmy więc dłużej niż zwykle, upychając się w składzie. Wreszcie ruszyliśmy stłoczeni jak sardynki. Początkowo Aga była zaskoczona, że nikt nie ustąpił jej (matce z dzieckiem) miejsca. Do tej pory była
w takiej sytuacji traktowana inaczej. Stojąc w ścisku i turlając się do Rzymu,  Leszek zażyczył sobie zapakowanie do nosidła (tym razem współpasażerowie pomogli Adze z zakładaniem żywego plecaczka), dzięki czemu spokojnie zniósł połowę trasy, wcinając palca i lekko przysypiając. Mniej więcej w połowie trasy jeden z pasażerów ustąpił Adze miejsca, dzięki czemu Lesio mógł się porządnie zdrzemnąć na kolanach mamy.
Głowa rodziny, jak przystało na faceta z walizką, jechała ściśnięta w korytarzu. Dzięki temu mógł być on świadkiem scen jak w PKP, jak jeden z pasażerów załadował się do łazienki i większość trasy przejechał
w tej jedynce. Dobrze, że nie było kolejki do toalety. Reszta podróżujących stojących przy szybach chórem skandowała nazwy kolejnych mijanych stacji, dla tych stłoczonych w środku, żeby dodać im otuchy, że już niedaleko do celu.


Na Termini trafiliśmy na kolejny bałagan. Pociągi odjeżdżające z innych peronów niż zwykle, niektóre wcale nie dojeżdżały lub odjeżdżały z jakichś innych stacji, których nazw wcześniej nie słyszeliśmy. Okazało się, że przy jednej ze zwrotnic wjazdowych na stację „spotkały się” dwa pociągi i wagon jednego z nich
(nb. bliźniacze Frecciargento), wykolejony uderzeniem w bok, zablokował kilka torów. Na szczęście ostatecznie nasz pociąg podstawiono na jeden z peronów i odjeżdżaliśmy z Termini.

Dla dwojga z nas to pierwsza przygoda z szybkimi kolejami. Druga klasa Frecciargento to, w większości, po 4 fotele naprzeciwko siebie z każdej strony, z rozkładanym stoliczkiem między nimi. Fotele rozkładane lekko do spania, lampka do czytania, gniazdka do laptopów, we Frecciargento wi-fi brak, ale gdybyśmy jechali Frecciarossa, to by był też Internet. I przede wszystkim prędkość – niecałe 250 km/godz. Tak można podróżować! Za Florencją, gdy już zaspokoiliśmy pierwszy głód prędkości, pojawił się drugi głód… lassagni i kawy. Oczywiście oprócz obsługi z wózkiem cateringowy, znanym z pokładów samolotów, mogliśmy też posilić się w wagonie barowym. Tam przy stoliku, z obsługą kelnerską, zjedliśmy cannelloni (z  braku lassagni). Były tak dobre, choć przygotowywane w mikrofalówce, że Leszek zażyczył sobie osobnej porcji i nie dał się namówić na podzielenie pół na pół z mamą swoimi. Cannelloni to rodzaj naleśników w tym wypadku z farszem z białego sera i szpinaku (choć danie gotowe, to szpinak był siekany z liści i w niczym nie przypominał papki sprzedawanej w Polsce). Całość oblana roztopionym żółtym serem i odrobiną sosu pomidorowego. Po takim obiedzie wyciszone wnętrze wagonu utuliło mamę z dzieckiem do snu i ani się spostrzegli, jak przejechaliśmy mostem na jedną z głównych wysp Wenecji (Santa Lucia), gdzie kończyła się nasza podróż Freccią.

Droga do hotelu okazała się jeszcze krótsza, niż przewidywaliśmy. Dzięki temu mieliśmy przed sobą jeszcze całe popołudnie do wykorzystania. Szybko dopełniliśmy formalności i ruszyliśmy w miasto.

Nasz hotel mieścił się w sestieri (dzielnicy) Cannaregio, gdzie znajduje się też żydowska dzielnica zwana gettem (to pierwsze getto na świecie, stworzone w 1516 r., od którego wzięły nazwę dzielnice w innych krajach europejskich).

Widok z okna naszego pokoju hotelowego.

"Amore mio" - śpiew gondoliera powitał nas pierwszego popołudnia.







Synagoga.

Cannaregio to nie tylko getto, to również możliwość podpatrzenia codziennego życia współczesnych mieszkańców. Jednym słowem: warto. Dla samych widoków i spokoju bez konieczności przepychania się przez tłumy, bo jest to jedna z rzadziej polecanych atrakcji. 
A co można zobaczyć? To co w Wenecji: kamienice, kanały, mostki, łodzie… poza tym można pożartować z mammami siedzącymi na ławkach przy malowniczym bulwarze czy zobaczyć, jak mijany przez nas mężczyzna odbiera telefon komórkowy,  schodzi po schodkach do łodzi i - nie przerywając rozmowy – kładzie się na łódce brzuchem do góry. Dolce far niente. Nie powinno nas to dziwić, bo taka już włoska mentalność, czyli piano, piano.


Ślepa uliczka? Nie... ślepy kanał!







Łaziliśmy więc leniwie po nadbrzeżu, zaglądaliśmy w przeróżne zaułki, sprawdziliśmy, gdzie mamy najbliższe przystanki Vaporetto (tramwaju wodnego) i zajrzeliśmy w okolicę, gdzie cumuje zwykle polski gondolier. To nie żart. Kto chce, może o nim przeczytać choćby TU. Ale nie zastaliśmy tego pana. Szkoda, bo to przedstawiciel naprawdę prestiżowego tutaj zawodu, który nie podlega rządowej deregulacji i jest zamknięty dla „obcych”.

Komunikacja miejska - Vaporetto.



Zamiast samochodów - łodzie, więc i znaki muszą być "wodne".


Mała architektura, czyli uchwyt do przytrzymywania otwartych okiennic.


Krótkie spojrzenie na wyspę Murano i San Michele w blasku zachodzącego słońca i leniwy powrót do hotelu zakończył nasze zwiedzanie.

Wyspa San Michele, czyli cmentarz. 

Wyspa Murano... tam też będziemy!

Neapolitańska rzeczywistość na północy Włoch.
Wróciliśmy w samą porę, bo nad miasto nadciągnęły chmury i do snu, oprócz odgłosu falującej w kanale wody, przepływających czasami motorówek i łodzi, utulił nas szum deszczu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz