Kto czytał w młodości Tytusa, Romka i A'Tomka (Księga XIII) zapewne pamięta jedną z krain Wysp Nonsensu. Nigdy nie sądziliśmy, że nam też przyjdzie znaleźć się w krainie Papierolubków.
Dopiero jeśli opuścisz swój kraj na dłużej niż 3 miesiące, dowiesz się, jak wygląda biurokracja w kraju, do którego dotrzesz. Trzy miesiące to promocja jak z folderu biura podróży. Słońce, plaża, zabytki... żadnych trosk.
Nam niedługo stukną 3 miesiące, więc w związku z tym postanowiliśmy "zalegalizować" swój pobyt tutaj. Dać znać włoskiej machinie urzędniczej, że postanowiliśmy zabawić w ich kraju trochę dłużej niż turystyczne 3 miesiące.
No i się zaczęło. Mając silne wsparcie rodowitej Włoszki, przedstawicielki pracodawcy, wyposażeni w "listy uwierzytelniające" pracodawcy co do czasu i sensu naszego pobytu tutaj ruszyliśmy do górnego Frosinone, gdzie wszystko mieliśmy załatwić szybko i sprawnie, bo nasza wizyta była poprzedzona wizytami zarówno pracodawcy, jak i wspomnianej przedstawicielki.
Spotkanie z urzędniczką, przejrzenie dokumentów i... okazuje się, że miejsce zamieszkania nie podlega jej w związku z rejonizacją. Jakoś wcześniej przy dwóch poprzedzających wizytach urzędniczka słowem o tym nie wspomniała. No nic. Pakujemy się w samochód i jedziemy szukać kolejnego "budynku z flagami" w dolnej części miasta. Chyba cudem znajdujemy zapyziały budynek urzędu. Dostrzeżenie flag z ulicy też graniczyłoby z jasnowidztwem, bo... wiszą od podwórza.
Wchodzimy do środka. Mały hall zastanowiony jakimiś szpargałami. Na schodach na piętro co stopień piętrzą się grube teczki akt. Czekamy przed drzwiami małego pokoju, przestępując z nogi na nogę. Dochodzi 12:30... pora przerwy obiadowej... która dla urzędników oznacza koniec przyjmowania petentów w ogóle.
Sukces. Udaje nam się wejść do pokoju 7 minut przed przerwą. Znowu formułka naszej "przewodniczki", z której wyłapujemy pojedyncze słowa. Pokazówka papierów i... okazuje się, że nie tu nas skierowano.
Z uwagi na adres powinniśmy udać się do miasteczka Ferentino - 12 km od Frosinone. Na delikatną sugestię, że adres mamy z Frosinone, że tu mamy lekarza, słyszymy: "to bez znaczenia".
Oczywiście w Ferentino już zakończono pracę w tym dniu. Plany rejestracji postanawiamy odłożyć na następny dzień.
Kolejny dzień. Ruszamy do Ferentino. Wjeżdżamy do starej części miasta, zostawiamy samochód w płatnej strefie. Kupujemy bilet na godzinę, mimo że wszystko ma trwać maks. 30 minut. Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Znajdujemy budynek urzędu i odpowiednie okienko. Okazuje się jednak, że dla "takich jak my" jest osobny pokój. Niech będzie. Wchodzimy do małego pokoju: biurko, szafa z aktami, sterty teczek walają się wszędzie. Do tego pudła z dokumentami piętrzące się, gdzie tylko można. Na stole stojak na 10 pięczątek... pełen, a nawet o jedną więcej.
Nasza przewodniczka wygłasza po raz trzeci znaną formułkę, pokazuje dokumenty i... słyszy, że wcale tu nas nie powinno być, że kto nas wysłał do Ferentino. Siedzimy jak na tureckim kazaniu, jednak nasza przewodniczka nie odpuszcza. W efekcie będą nas rejestrować, ale... pod warunkiem pokazania druku E106 (unijny druk potwierdzający opłacanie składem zdrowotnych w jednym z państw europejskich). Po co jej ten druk, Bóg raczy wiedzieć. Na stwierdzenie, że skoro mamy już lekarza we Frosinone, to musimy być ubezpieczeni, wzrusza ramionami. Bez dokumentu E106 nic nie wskóramy.
Całe szczęście, że nasza przewodniczka miała skan naszego dokumentu ubezpieczeniowego w swoim laptopie. Zaczyna się proces rejestracji.
Urzędniczka otwiera grubą teczkę i sprawdza, czy na pewno Polska należy do Unii Europejskiej (oczywiście druk E106 nie jest dla niej dowodem). Ufff... według Włochów nadal jest. Wypełnianie dokumentów trwa. Na potwierdzenie związków rodzinnych przedstawiamy kopie metryk ślubu i urodzenia dziecka oraz tłumaczenia przysięgłe tych dokumentów. Okazuje się, że to za mało. Trzeba udać się na drugie piętro i złożyć stosowne wnioski. Udajemy się więc i tam. Kolejny pokój zastawiony od ziemi aż po sufit kartonami i skoroszytami, teczkami i pismami. Urzędnik o minie "królewny rzuconej za ladę" patrzy na nas jak na intruzów. Dostajemy do wypenienia wnioski (w jedynym możliwym języku). Skanowane są nasze dokumenty, dowody, nawet wiza "Gwiaździstego imperium". Potem podpisujemy osiem egzemplarzy formularza, w którym mąż potwierdza, że jest mężem i ojciec potwierdza, że jest ojcem. Oczywiście metryki i tłumaczenia również lądują w przepastnej "paszczy biurokracji".
Wracamy na dół. Jeszcze symfonia stempli na wniosku wielkości planu Mexico City i uff... koniec?
A gdzież tam. Dostajemy plik dokumentów, z którymi musimy udać się na posterunek policji miejskiej za rogiem. Musimy zanieść im dokumenty i usłyszeć, że w najbliższym czasie możemy się spodziewać niezapowiedzianej wizyty funkcjonariuszy policji, którzy sprawdzą, czy my to my i czy mieszkamy tam, gdzie twierdzimy, że mieszkamy.
Z posterunku idziemy do jakiejś sutenery (w stylu PRL-u lat 50. z urzędniczką w tym samym stylu), żeby podbić jeszcze jeden dokument potwierdzający, że byliśmy na posterunku i z plikiem dokumentów (z których będziemy musieli oddać po jednym egzemplarzu policjantom) jesteśmy wolni. Całość zajeła nam raptem 2 godziny. Całe szczęście, że w tym czasie nikt nie sprawdzał naszego biletu parkingowego.
Od tej chwili warunkowo możemy mieszkać we Włoszech, ale nie jesteśmy jeszcze pełnoprawnymi rezydentami. Dopiero w lutym, gdy żarna włoskiej biurokracji przemielą wszystkie nasze wnioski, będziemy mieć przywilej... wystąpienia o włoski dowód osobisty. Czy to zrobimy? NIE!!!
ha ha a po co bylby wam wloski ID? przeciez jestescie w UE ...
OdpowiedzUsuńNo właśnie, jesteśmy w UE... więc zgodnie z prawem po 3 miesiącach trzeba dopełnić formalności.
OdpowiedzUsuń